Z Krzysztofem Królem rozmawiamy o tajlandzkiej służbie zdrowia oraz o wykorzystaniu telemedycyny w nagłych przypadkach – zwłaszcza w czasie wakacji w egzotycznych miejscach. Zapraszamy do zapoznania się z wywiadem.

Panie Krzysztofie, jak długo przebywa Pan poza granicami kraju?

Mieszkam w Tajlandii prawie 5 lat. Tutaj ułożyłem swoje życie – i decyzja o przeprowadzce była jedną z najlepszych w moim życiu.

Jakie zauważa Pan różnice w systemie zdrowotnym naszego kraju i w miejscu, w którym Pan przebywa?

Przede wszystkim tutaj nie ma ZUS`u. Jest państwowa opieka zdrowotna – mniej więcej na poziomie tej w Polsce, ale jest znacznie tańsza i pozbawiona kolejek.

W Tajlandii nie ma typowych przychodzi. Są albo prywatne kliniki, które specjalizują się przeważnie w jednym typie usług, są prywatne szpitale, wyglądające jak 5-gwiazdkowe hotele i apteki. Ludzie z drobnymi sprawami radzą się aptekarza.

Czy kwestie językowe są jedyną barierą w komunikacji z lekarzem?

Ja akurat bardzo dobrze mówię po angielsku (większość lekarzy tutaj też), oraz dobrze po tajsku – więc dla mnie nie jest bariera.

Czy często uprawia Pan sport? Jeśli tak, jakie odczuwa Pan z tego korzyści?

Oj tak – od 15 lat z mniejszymi lub większymi przerwami trenuję kulturystykę. Również od roku przygotowuję się do triathlonu – więc codziennie średnio 2-3 godziny biegam, pływam, jeżdżę na rowerze. Efektem jest znakomite samopoczucie, mnóstwo energii każdego dnia i brak chorób.

Czy uważa Pan, że telemedycyna może mieć sens w kontekście osób, które przebywają za granicami swojego kraju i napotykają na różne trudności np. brak znajomości języka specjalistycznego?

Nigdy nie korzystałem z tego typu usług – w wielu przypadkach może to być dobre rozwiązanie zwłaszcza, gdy przebywamy za granicą na wakacjach. Wtedy możliwość skorzystania ze zdalnych konsultacji z lekarzem jest bezcenna. Zwłaszcza, że wciąż wiele osób będąc na zagranicznych wakacjach nie mówi po angielsku w stopniu komunikatywnym.

Dodaj komentarz

Close Menu